Cynik, mizantrop, zdesperowany ironista opętany myślami o śmierci. Znawcy twórczości Larkina prawie jednogłośnie wskazują, że to jednostronny i niesprawiedliwy obraz jego poezji. Ale nie prozy, zwłaszcza w przypadku opublikowanej niedawno w polskim tłumaczeniu powieści Zimowe królestwo.

Przylgnęła do Philipa Larkina, jednego z najsłynniejszych angielskich poetów XX wieku, łatka cynika i zdesperowanego ironisty. Znany krytyk Terry Eagleton nazwał poetę „opętanym myślami o śmierci, emocjonalnie niedorozwiniętym mizantropem, który miał tupet przedstawiać swoje własne lęki i porażki jako ogólny stan rzeczy”. Sam Czesław Miłosz pisał w późnym wierszu Przeciwko poezji Filipa Larkina: „Żyć nauczyłem się z moją rozpaczą. / A tu przychodzi ktoś, kto, nieproszony, / Wierszem wylicza powody do rozpaczy. / Czy mam dziękować? Nie bardzo jest za co”.

W Polsce Larkina-poetę jako pierwszy skutecznie wprowadził do obiegu czytelniczego Stanisław Barańczak (44 wiersze); później zajmowali się nim również Jerzy Jarniewicz (zbiór szkiców Larkin. Odsłuchiwanie wierszy) i Jacek Dehnel (przekłady trzech najsłynniejszych tomików poety). To właśnie od wierszy, a dokładniej od wydanego w 1955 roku tomu The Less Deceived, zaczęła się dla Larkina – pracującego jako skromny bibliotekarz – sława literacka. Ale wcześniej, w latach 40., udało mu się opublikować jeszcze dwie powieści. Druga opublikowana przez Larkina proza, Zimowe królestwo (w oryginale A Girl in Winter), została właśnie przełożona na język polski przez Jacka Dehnela.

Skromnie naszkicowana, pełna niedopowiedzeń fabuła Zimowego królestwa niknie pod przemyśleniami głównej bohaterki – to przede wszystkim dobra powieść psychologiczna, studium beznadziejnej samotności. Katherine Lind jest kobietą bez przeszłości i bez właściwości, perfekcyjną inkarnacją żywego trupa. Sugestywny język sprawia jednak, że ten sposób prowadzenia narracji ani trochę nie nuży, przeciwnie – przypomina najwyższej klasy prozę psychologiczną spod znaku Virginii Woolf. Co ciekawe, ciężko by było zacytować dłuższy ustęp, który mógłby podsumować jakikolwiek epizod, życie wewnętrzne Katherine czy nawet jej poczucie izolacji: wszystko w powieści kręci się wokół irytująco prostych i banalnych zdarzeń.

Bohaterką pierwszej i trzeciej części powieści jest Katherine Lind, pozbawiona złudzeń pracownica angielskiej biblioteki w prowincjonalnym mieście, uchodźczyni z ogarniętego wojną kontynentu. Nie wiemy nic o jej przeszłości: być może jest niemiecką Żydówką. W drugiej, retrospektywnej części, poznajemy tę samą Katherine, młodszą i, przede wszystkim, dopiero czekającą na rozczarowania („Człowiek jest w życiu tak bardzo samotny – pisał Cioran, który na pewno by się Larkinowi bardzo spodobał – że zadaje sobie pytanie, czy samotność agonii nie jest symbolem ludzkiej egzystencji”). Na ile samotność Katherine płynie z niedopowiedzianej w powieści, przeżytej wcześniej traumy? W jakim stopniu jej wizja Anglii i angielskości nie odpowiada temu, co przeżyła podczas poprzedniej podróży do kraju? To nie rozwiązanie tych wątków, banalne i rozczarowujące, nadaje całej tak prostej historii jakikolwiek sens. U Larkina nic nie może zostać dopowiedziane do końca, najprostsze wydarzenia przestają się liczyć: to powieść o tym, że wszystkie decyzje są przecież łatwe, bo i tak nic z nich nie wynika. Przesadne są chyba próby oderwania od Larkina-prozaika łatki cynika. O depresyjnej głównej bohaterce: „Było jej wszystko jedno. Miała coraz lepszy humor”. I to – cała powieść. Jak powiedział autor w jednym z wywiadów, „dobry wiersz o porażce jest już sukcesem”.

W ciekawym posłowiu Jacek Dehnel komplementuje Larkina za poetycką precyzję w powieści, cytując zwłaszcza otwierające pierwszy i ostatni rozdział „zimowe” fragmenty, w których daje o sobie znać najdrobniejszy szczegół. Cała powieść istotnie lawiruje między drobnymi, banalnymi zdarzeniami a językiem szukającym czegoś jeszcze za fasadą codzienności; poza kunsztowną konstrukcją Zimowego królestwa jest to główny atut utworu. „Tego dnia popadła w tak głębokie zmęczenie, że dotarła do granic całkowicie nowej krainy, gdzie dął wicher, od którego trzęsła się jak ostatni listek na drzewie, gdzie wszystkie rzeczy telepały się i przewalały w samotnym błogostanie, bez większego znaczenia, tylko dlatego, że żyły”. 

Philip Larkin, Zimowe królestwo, tłum. Jacek Dehnel, Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2017.

Ignacy Kędzierski

Grafika: Samantha Perlman