Poznali się w latach osiemdziesiątych. Na emigracji. Chodzili razem na piwo. Jeden mówił po polsku, drugi po czesku. I mimo to świetnie się dogadywali. Podczas gdy Milan święcił już międzynarodowe triumfy i był uznanym pisarzem celebrytą, Tadeusz wciąż zmagał się z cenzurą, która w jego prozie odnajdywała treści szkodliwe dla dobra i interesów Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Kundera, korzystając ze swoich wpływów, pomagał Konwickiemu. „To dzisiejszy Orfeusz schodzący do naszych piekieł” – tak przedstawił polskiego pisarza studentom, gdy załatwił mu wykłady na paryskiej Sorbonie.

Maria Konwicka, córka Tadeusza, po trzydziestu latach emigracji powraca ze Stanów do Polski. W książce Byli sobie raz porządkuje rodzinne archiwum i korespondencję. Wspomina ojca, opowiada o kocie Iwanie, przywołuje opowieści z życia warszawskiego środowiska literackiego. Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak publikujemy przedpremierowy fragment książki o Konwickich, która ukaże się 24 kwietnia.

* * *

Kot Iwan zmarł w 1988 roku, nie doczekawszy transformacji. Kiedy następnym razem udało mi się przyjechać do Polski, już go nie było. Pocieszałam się, że miał stosunkowo przyjemny i długi żywot – dziewiętnaście lat!
Ojciec do końca życia miał wyrzuty sumienia, że nie zorientował się, iż Iwan odchodzi. I zrzucał go z siebie zirytowany jego nachalstwem. Bo kot się wciąż pchał mu na kolana, kładł na nim, kiedy ojciec leżał, bez przerwy się chciał przytulać. Dopiero kiedy kot zaczął pokładać się w miejscach, gdzie nigdy nie wchodził, jak pod stół w kuchni, zorientował się, że coś jest nie tak. Kiedyś przyrzekł Iwanowi, że nie da mu się niepotrzebnie męczyć. Przyszedł weterynarz z asystentką, zaaplikował zastrzyk. Mama uciekła do innego pokoju, ojciec czekał na korytarzu. Potem lekarz zabrał Iwana, żeby pochować go na swoim prywatnym cmentarzyku dla zwierząt.
Przez następne lata wciąż nam się wydawało, że on stoi w drzwiach, kiedy wchodzimy do domu, ociera się o nasze nogi w korytarzu, leży skulony w kłębek na poduszce pod kaloryferem
„Pewne jego dowcipy, zabawne powiedzonka i wieloznaczne wybryki powtarzamy sobie często w naszym domu, choć kota Iwana już dawno nie ma śród Ziemian, choć dawno przeinkarnował się w niemądrego męża stanu albo w bezmyślną stonogę. Nie, nie, cofam te słowa. Kot Iwan wart jest lepszego losu. Myślę, że w pozycji imponującej, z uniesionym i wyprostowanym ogonem, krąży w kosmosie i łapie komety za złociste warkocze. (…) Mój niezapomniany kot Iwan widywał inne światy. Wyczytałem gdzieś kiedyś, że koty słyszą także oczami. Pamiętam dzień, kiedy umarł mój przyjaciel Stasio; tego wieczoru Iwan leżący na moich kolanach zrywał się gwałtownie na równe nogi i wbijał się wytrzeszczonymi oczami w mrok korytarza, jakby oczekiwał ze zgrozą, że ktoś niewidzialny dla nas nadejdzie z tej ciemności”. (
Pamflet na siebie)

Danuta i Tadeusz Konwiccy w Paryżu, lata 90. Fot. archiwum rodzinne

* * *
W tym okropnym dla Polski okresie lat osiemdziesiątych Milan Kundera postanowił ojcu po koleżeńsku pomóc. Był wtedy celebrytą, jego powieści robiły furorę w Ameryce.
Nieznośna lekkość bytu była bestsellerem i doczekała się ekranizacji.
Wysłał ojcu egzemplarz tej powieści, ale został zarekwirowany przez cenzurę, bo „zawierał treści szkodliwe dla dobra i interesów Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej”.
Pan Milan działał skutecznie i udało mu się dwukrotnie ściągnąć ojca na wykłady na Sorbonę w Paryżu i dać mu trochę zarobić. „Konwicki to dzisiejszy Orfeusz schodzący do naszych piekieł”,  przedstawiał go studentom.
Ojciec zabierał ze sobą mamę, żeby wyrwać ją z otchłani polskiej beznadziei. W przyszłości ojciec nie będzie już przyjmować zaproszeń na literackie ani filmowe spotkania, na które nie będą mogli jechać razem. „Papużki nierozłączki”, relacjonowała mi mama, próbując zachęcić mnie do założenia rodziny, bo to była jej wielka troska, że nie mogę sobie kogoś znaleźć. I że w dodatku nie szukam.

Ojciec z Kunderą świetnie się porozumiewali, mówiąc jeden po polsku, drugi po czesku. Chodzili razem na piwo, na co mieli ściśle wyliczone przez żony drobne pieniądze. Kiedyś widocznie wypili za dużo i panu Kunderze nie starczyło na metro.
– Przeskoczył przez bramkę – referował nam ojciec nie bez podziwu.

Mama była szczęśliwa, że mogła wyrwać się z przymusu gotowania obiadów i całej tej politycznej martyrologii, do której nigdy nie pasowała. No i chyba ze wszystkich miast, które zwiedziła, Paryż lubiła najbardziej. Każdy pobyt tam był pełen wrażeń – tłumne spotkania z Polakami i elitarne przyjęcia francuskie. Dołączywszy do nich z Nowego Jorku, poznałam wreszcie pana Milana i dostałam od niego dwie książki z autografem.

Mama martwiła się moim brakiem stabilności w życiu – że zamiast szukać męża i założyć rodzinę, „rozszczepiam włos na czworo” i żyję „jak jakiś Witkacy”.

Maria Konwicka z ojcem w Kazimierzu Dolnym. Fot. archiwum rodzinne

Ucieszyła się więc, kiedy podczas tego pobytu w Paryżu pojawił się dla mnie adorator, jakby utkany z jej własnych marzeń – bardzo zamożny i ze starego francuskiego rodu. Mówił mi delikatne komplementy w rodzaju, że mam „piękne dłonie”, czym ją bardzo ujął. Zapraszał mnie do najdroższych knajp, co mamie też się bardzo podobało, a mnie mniej, bo po dziesięciu latach w Ameryce miałam, jak wszyscy tam, problemy z żołądkiem. Zamawiałam zawsze rybę, bo wydawała mi się najbezpieczniejsza z tłustej francuskiej kuchni. Kiedy kelner pytał: Préparée?, myślałam, że chodzi o jakieś dodatkowe sosy i przyprawy, więc odpowiadałam przecząco. Uczyłam się francuskiego jako dziecko i mój słownik pozostał na tym etapie. A chodziło o to, czy ryba miała być już rozkrojona, pozbawiona ości i z odciętą głową. Męcząc się w angielsko-francuskiej rozmowie, nie zauważałam, jakie popełniałam faux pas, zabierając się do jedzenia tej ryby z amerykańską nonszalancją. Dopiero u Lippa mój adorator nie wytrzymał. Siedzieliśmy w sali dla VIP-ów, a obok Belmondo z małym pieskiem pod pachą. Kiedy kelner zapytał jak zwykle: „Préparée?”, nie czekał na moją odpowiedź i szybko zakrzyknął: „Oui!”.

Dziwiło mnie, że w odróżnieniu od moich polskich znajomych podobało mu się, iż interesuję się mistyką. Teraz myślę, że jak wielu z jego klasy mógł być masonem. Kilka lat później bardzo się zainteresowałam masonerią i wtedy miałby więcej szans. Ale wówczas, ku rozpaczy mojej mamy, odrzuciłam jego zaloty i dumnie wróciłam do swojskiej nowojorskiej biedy, chaosu i niepewności. Perspektywa nagłej nobilitacji i życia w luksusie mnie przeraziła. Związek z takim mężczyzną wydawał mi się absurdalny. Wygrały geny moich przodków z Wileńszczyzny, ich podejrzliwość do pieniędzy. Mama była niepocieszona.

– Czuję się, jakbym żył zanurzony w oceanie głupoty – powiedział kiedyś ojciec, odkładając pilota. Innym razem po Teleexpresie: – Gdybym był teraz młody, to bym był anarchistą.

Nie czytał amerykańskich recenzji swoich książek, bo ukazywały się w Ameryce w latach osiemdziesiątych, kiedy kontakt z Polską był utrudniony, więc nie wiedział, że John Updike, recenzując
Kompleks polski, porównywał go do takich „anarchistycznych dusz” jak Flann O’Brien czy Céline: „Konwicki ma uroczy sposób pisania, obdarza nonszalancko najstraszniejsze strony zdaniami pełnymi magii”.

– Nigdy nie mógłbym być fanatykiem jednej opcji, bo wszystko widzę z różnych stron – tłumaczył mi ojciec na naszych ostatnich spacerach. – Brzydzi mnie, jak państwo ingeruje teraz w życie obywateli. I wyliczał, czego się najbardziej brzydzi: inwigilacji, podsłuchów, korporacyjnej biurokracji. A ja przypominałam mu, że pani Ela-wróżka ostrzegała, że ojciec jako najpiękniejszy polski orzeł powinien latać bardzo wysoko, a nie zajmować się bzdurami.

– Dlaczego kiedyś dostawałem rachunek, który miał jedną stronę, a teraz dostaję kilkanaście, z których nic nie rozumiem? To samo jest z umowami na książki.

A już najbardziej nim wstrząsnęło, kiedy zaczęły przychodzić do niego z Ameryki listy od firmy śledzącej tysiące autorów z całego świata w sprawie płacenia podatków za amerykańskie wydania. List bardzo długi, z którego można było tylko zrozumieć, że mają oko na tantiemy za jego książki. Na wszelki wypadek ojciec podatki od przysyłanych mu sum płacił, ale czeków nie inkasował. Zamiast deponować w banku, przypinał je pinezką do szafy, jako dekoracje. Całkiem gruby plik tam się zebrał.

Z niepokojem obserwował „załamania w sektorze bankowym”, bankructwa i plajty w Argentynie czy na Cyprze, spokojnie oczekując, że „u nas też się może coś takiego zdarzyć”.

Dwadzieścia lat temu, w Nowym Jorku, miałam taki sen:
Cmentarz bankierów. Turyści, głównie Japończycy, fotografują się na tle tej atrakcji.
Stoimy z ojcem na balkonie jego mieszkania. Opieramy się o balustradę, która się lekko chwieje. Zastanawiamy się, czy jesteśmy bezpieczni.
Potem – noc. Kobieta ściskająca w rękach statuetkę ptaka popełnia samobójstwo, wyskakując z okna. Ta statuetka przypomina sokoła maltańskiego z filmu o tym samym tytule. Podświadomość jest świetnym scenarzystą. Bo w filmie tę figurkę podarowują królowi hiszpańskiemu templariusze – pierwsi bankierzy.

Fragment książki: Maria Konwicka, Byli sobie raz, Wydawnictwo Znak, Kraków 2019.

Maria Konwicka – studiowała grafikę na warszawskiej ASP, pracowała w USA jako animatorka m.in. dla studiów Disney i Universal. Jest współautorką nagradzanego filmu Aktorka poświęconego Elżbiecie Czyżewskiej. Córka pisarza (autora m.in. Małej apokalipsy), scenarzysty i reżysera (m.in. filmów Ostatni dzień lata, Jak daleko stąd, jak blisko, Salto) Tadeusza Konwickiego. W książce Byli sobie raz Konwicka porządkuje rodzinne archiwum i odtwarza burzliwe losy rodziców. Przywołuje także opowieści o warszawskiej bohemie artystycznej i kultowym stoliku w Czytelniku, przy którym zasiadali Konwicki, Holoubek i Łapicki. Jej książka jest zbiorem wspomnień i rozmów zebranych po powrocie do Polski po ponad trzydziestu latach spędzonych w Stanach Zjednoczonych. Premiera książki: 24 kwietnia 2019.