Broniłem się dość żywo, lecz przyjazny głos powtarzał mi z charakterystycznym uporem: „Słuchaj, musisz koniecznie napisać swoje wspomnienia“. I napisał. O pisarstwie i rodzinie. O przedwcześnie zmarłej matce i pogrążonym w żałobie ojcu. O dojrzewaniu na morzu, o stosunku do języka polskiego i zmaganiach z absolutnym lenistwem, które – jak twierdził – było jego największym talentem. Spisane w 1919 roku wspomnienia Josepha Conrada to jedno z najważniejszych źródeł wiedzy o życiu prywatnym pisarza. W 160 rocznicę urodzin autora Jądra ciemności i Lorda Jima przypominamy ich najciekawsze fragmenty.

Wszystkie cytaty pochodzą z książki Ze wspomnień, czternastego tomu Pism zbiorowych Josepha Conrada w tłumaczeniu Anieli Zagórskiej (Warszawa 1934). 

 

 Niech się nikt nie spodziewa, że znajdzie na kartach tej książki słowa o niezwykłej potędze lub ton porywającego bohaterstwa. Wprawdzie obniża to moje pojęcie o samym sobie, ale muszę wyznać iż rady Marka Aureljusza do mnie nie przemawiają. Odpowiedniejsze są dla moralizatora niż dla artysty. Mogę wam obiecać prawdę (…)

 

 Dojrzewałem na morzu, wśród szczególnych warunków morskiego życia, i mam specjalny pietyzm dla tej postaci swojej przeszłości; albowiem skupione w niej wrażenia były żywe, jej zew bezpośredni a wymagania tego rodzaju, że mogłem im sprostać z właściwem młodemu wiekowi uniesieniem i siłą. Nie było w tych wymaganiach nic, coby mogło wprowadzić rozterkę do młodego sumienia. Wyrwałem się ze swego kraju wśród gromów rzucanych na mnie przez wszystkich ludzi (…) morze stało się na długi szereg lat mym światem a marynarka handlowa jedynem domowem ogniskiem.

 

Jeśli jest prawdą, że każda powieść zawiera autobiograficzne pierwiastki — a trudno temu zaprzeczyć, ponieważ twórca może wyrazić tylko siebie w swem dziele — to dla niektórych pisarzy publiczne rozwodzenie się nad swemi uczuciami jest wstrętne. Nie chciałbym wychwalać przesadnie cnoty powściągliwości. Często jest to poprostu kwestja temperamentu. Ale powściągliwość niezawsze świadczy o chłodzie. Bywa także oznaką dumy. Największe z upokorzeń grożących pisarzowi, to widzieć jak pocisk jego wzruszenia omija cel — wzbudzenie łez lub śmiechu. Nic bardziej nie upokarza!

 

 Tak! I jabym pragnął trzymać magiczną pałeczkę, dającą władzę nad śmiechem i łzami, uznaną za szczyt literatury pięknej. Lecz aby się stać wielkim czarodziejem, trzeba się poddać tajemnym i nieodpowiedzialnym siłom, znajdującym się poza nami lub też w naszych własnych piersiach. Słyszeliśmy wszyscy o prostaczkach sprzedających duszę dziwacznemu djabłu za miłość lub potęgę. Najzwyklejszy umysł potrafi dostrzec, nie wytężając się zbytnio, że na tego rodzaju umowie musi się wyjść jak Zabłocki na mydle. 

 

 Zarówno na politycznem jak i na literackiem polu ludzie najczęściej zdobywają sobie przyjaciół przez namiętność swych uprzedzeń i konsekwentną ciasnotę poglądów. Ale nigdy nie umiałem kochać tego, co nie jest godne miłości lub nienawidzieć tego, co na nienawiść nie zasługuje (…)

 

W mych młodych latach — latach co kształtują przyzwyczajenia i charakter człowieka — obcowałem najczęściej z długotrwałem milczeniem. Głosy, które je przerywały, nie miały nic wspólnego z konwersacją. Bynajmniej. 

 

…umiejętność pisania po angielsku przyszła mi tak łatwo jak pierwszy lepszy wrodzony talent. Mam szczególne a niezachwiane poczucie, iż ta umiejętność była zawsze nieodłączną częścią mojej istoty. Angielski język nie był dla mnie nigdy kwestją wyboru lub adoptacji. Pomysł wyboru nie przyszedł mi nawet do głowy.

 

Jako dziecko nie zdawałem sobie sprawy z działalności ojca, bo umarł, zanim jeszcze skończyłem lat dwanaście. Widziałem na własne oczy uroczysty pogrzeb, pustą jezdnię, milczące tłumy; lecz było dla mnie jasne, że duch narodu chwycił dogodną sposobność aby się wypowiedzieć. Tłum robotników i młodzieży akademickiej z obnażonemi głowami, kobiety u okien, uczniowie na chodnikach, wszyscy ci ludzie nie mogli wiedzieć o moim ojcu nic poza znaną jego wiernością dla uczucia, które panowało wszechwładnie we własnych ich sercach. I ja sam wówczas nie wiedziałem nic więcej; ta wielka, milcząca manifestacja wydała mi się najprostszym z hołdów nie dla człowieka lecz dla Idei.

 Osobiście wzruszyło mię daleko silniej spalenie rękopisów ojca na jakie dwa tygodnie przed jego śmiercią. Odbyło się to pod własnym jego kierunkiem. Tego wieczoru wszedłem do pokoju ojca trochę wcześniej niż zwykle i, nie zauważony przez nikogo, przypatrywałem się szarytce wrzucającej rękopisy do ognia rozpalonego na kominku. Mój ojciec siedział w głębokim fotelu, oparty na poduszkach. Wstał wówczas z łóżka poraz ostatni. Wyglądał w moich oczach jak człowiek nietyle beznadziejnie chory co śmiertelnie znużony — jak człowiek pokonany. Ów akt zniszczenia papierów dotknął mię głęboko, bo wyglądał na poddanie się. Ale nie śmierci. Dla człowieka tak silnej wiary śmierć wrogiem być nie mogła.

 

 

Ponieważ największym z moich talentów jest zdolność do absolutnego lenistwa, nie mogę nawet twierdzić że nuda pobudziła mię do chwycenia za pióro. W każdym razie pióro miałem pod ręką, i nic w tem dziwnego. Każdy posiada pióro (zimną stal naszych czasów) w oświeconym wieku marek i kart pocztowych.

 

 

Kiedy się rozpatruje życie, które poza przygotowawczym okresem dzieciństwa i wczesnej młodości miało dwa odrębne okresy rozwoju, a nawet rozgrywało się na tle dwóch odrębnych żywiołów, takich jak ziemia i woda, nie można uniknąć pewnej naiwności. Czuję ją na tych stronach. Nie mówię tego aby się usprawiedliwiać. W miarę jak lata płyną i liczba stronic się zwiększa, utrwala się w człowieku przekonanie że pisać można tylko dla przyjaciół.

 

 

Po mojej matce nie było wcale znać choroby — lecz sądzę że lekarze podpisali już byli na nią wyrok; tylko zmiana klimatu, tylko pobyt na południu mógł przywrócić opuszczające ją siły. Dla mnie owe czasy wydają się najszczęśliwszym okresem życia. Była tam moja kuzynka, rozkoszne, żywe dziewczątko o kilka miesięcy młodsze odemnie; jej życie — nad którem czuwano z miłością jakby była księżniczką krwi — skończyło się z piętnastym jej rokiem. Były tam również inne dzieci — wiele z nich już nie żyje — a między niemi i takie, które zapomniałem nawet z imienia. Nad wszystkiem wisiał gnębiący cień wielkiego rosyjskiego cesarstwa, cień mroczniejący jeszcze od świeżo powstałej nienawiści do Polaków, wyhodowanej przez moskiewską szkołę dziennikarzy po nieszczęsnem powstaniu 1863 roku.

 

 

Pożarcie nieszczęsnego litewskiego psa w posępnym borze przez mego wujecznego dziada, Mikołaja Bobrowskiego, oraz przez dwa inne zgłodniałe żołnierskie straszydła, uosabiało dla mej dziecinnej wyobraźni całą grozę odwrotu z pod Moskwy i niemoralność zdobywczych ambicyj. Niezmierny wstręt do tego przykrego epizodu zabarwił pojęcie, jakie mam o charakterze i czynach Napoleona Wielkiego. Nie potrzebuję mówić, że to pojęcie jest niekorzystne. Wielki wódz zasługuje na naganę, ponieważ doprowadził prostodusznego polskiego szlachcica do zjedzenia psa, obudziwszy złudne nadzieje w piersi tegoż szlachcica — obietnicą, że przywróci jego narodowi niepodległość. Przeznaczeniem tego łatwowiernego narodu było cierpieć głodowe męki przez sto lat z górą, żywiąc się fałszywemi nadziejami i — powiedzmy — psiem mięsem. Doprawdy, jeśli się nad tem zastanowić, jest to djeta szczególnie trująca. Można zrozumieć niejaką dumę z narodowego organizmu, który wytrzymał długoletnie pożywienie tego rodzaju.

 

 

 I kocham literaturę. Jestem wrażliwy na jej honor, dbam o godność i piękno literackiego zawodu.