Miron Białoszewski czyta Pamiętnik z powstania warszawskiego. Pisarz nagrywał fragmenty książki dla Polskiego Radia wiosną i latem 1981 roku. Po raz pierwszy Pamiętnik wyemitowano w sierpniu tego samego roku. Radiowa interpretacja Białoszewskiego została uzupełniona jego autorskimi uwagami. 

W tym wdrapywaniu się po trawkach coś mi się rozluźnia na szyi, zsuwa z pleców, i… leci koc z sucharami, spada… niżej… suchary się rozpryskują, gdzie się da. Natychmiast zaczynam łapać te najbliższe. I do koca. Równo z rozpaczą. Jedna garść. Druga. Trzecia. Ale reszta – i niżej, i w trawie, i z osobna. Moi już od iluś tam sekund drą się na mnie, prawie pchają, nie dają.

– Zostaw to, zostaw to!

– Widzisz, co się dzieje!

– Miron, Mirek, Miron!

Ja nic. Przecież głód. Każda garść sucharów to życie na dzień.

– Miron! Zostaw to!

– Miron!

– Miron! Chodź!

Wołali wszyscy. Ciotka Uff. Zbyszek. Swen. Celina. Swen bardzo krzyczał.

– Miron! Miron!

Mam te głosy do dziś. W uszach, jak żywe. Czekają. Trochę idą. Prawie wracają. Stają nade mną. Z tymi tobołkami. Garbaci. Bo wciąż bzyka i bzyka. I wali. A tu każdy suchar. A tu ile ich w trawie. Trawa gęsta. Zbieram, piorunem. Ale…

– Miron! Miron!

Ci, co byli niżej, podeszli już nade mnie. Jacyś inni ludzie. Nadchodzą. Podchodzą. Łapią. Kiwają. Garbią się. A tu w nas bije i bije. Już nie tak dużo. Jeszcze ten. Jeszcze ten. Z trawy trudno wydłubywać. Wyrywam. Te suchary.

– Już, już – wołam – już, już!

– Mirek! Mirek! – najdłużej pamiętam głos Matki Swena. Krzyk. I jej schylenie się ciągle. Z takim kocem jak ja. Z sucharami.

– Już-już! – bo już.

– Już! – i wiążę, i na plecy, i podlatuję.

Szybko. Szybko. Bo źle. I wpadamy w ruiny fabryki-kościoła. Benona-Bieńkowskiego. Deski. Łubudu. Tup-tup-tup. Resztki sali. Chyba jeszcze były. Front Benona. Od góry. Dechy. Kupa gruzu. Gruziku. Wapna. Tynku. Trzciny. Drzazg. Cegieł. Gzymsów. W ogóle. Co tylko. Już na skarpie. Już nie na tej patelni-pochylni. Może trafić. Ale co za Benonem, to za Benonem. Zresztą dochodzimy już do tych, co i dziś są, żelaznych sztachet. Bramy. Przez bramę. W uliczkę. Tę ulicunię od Benona na Rynek Nowomiejski. I już – po prawej Przyrynek, Panna Maria, ta – ceglana, stara. Po lewej Sakramentki. Ludzi pełno. Z tobołami. Z garbami. Z czymś pod pachą. Z koszykiem. Z byle czym. Albo bez. Tu pamiętam, że pan Ad. chyba w tych podwiniętych nogawkach gdzieś popodskakiwał, po gruzikach, odpadach i odpadkach domów. I tak go gubię w pamięci. Rynek w trójkąt. My u podstawy. Jakoś się namyślamy. Gorąco. Jasno. Dym. Huczy. Front. Ludzie.

U szyi leja rynkowego zebrane w kupę skupienia tłoku z ludzi; gruzów; te pomieszane już, wiszące, sterczące, lecące – bo coraz jeszcze coś leci, zlatuje (przecież wciąż się dalej jeszcze zmienia!) – te Freta, Koźla, Franciszkany. Rozłupane kamienice. Nadbudówki. Po ileś pięter. Rozłupane na piony. W ukosy. Puste. W wióry. W wisiory. Z wapna, trzcin, desek, cegieł. Strasznie dużo tego. Było. Z tego była cała Warszawa. Prawie. Te pięciopiętrowe też: trzcina, wapno, cegła, dechy. Czyli drzazgi. Rozsypki. Suche to. Trzeszczało. Jak trafiało w to, to to tryskało. Dom po domu. Wisiały z dziur po balkonach albo z niczego już po nich – gzymsy podstawkowe – konsole z blachy. Huśtały się. Brzęczały. Tłukły. Cienkie, puste w środku, te, co się myślało, że to gzyms – mur-marmur. W ogóle – Warszawa zdradzała się ze wszystkich swoich sekretów. Już się zdradziła – nie ma co ukrywać. Już się sypnęła. Wkopała. I te sto lat wkopała. I te dwieście. I te trzysta. I te więcej. Wszystko się wydało. Od góry do dołu. Od książąt mazowieckich. Do nas. I z powrotem. Staś, Sobieski, Sasy, Wazy. Wazy, Sasy, Sobieski, Staś, Fukier. Sobiescy, Marysieńka, Sakramentki.

Skręciliśmy. My. Wszyscy nasi. I ta w pręgi od drzwi. I różni. Co szli, podchodzili, odchodzili. Front się rozegrał. Jak ta ziemia. I na całe gruzy i niebo. Niebieskie. Zadymione. Czerwone. Szarpane. Gruzowe. Pylone. Słońce. Kurz w zębach. Z wapnem. W nosie siwo, dym i czarno. Gruzy pachną. Silnie. A spalone – jak! A huk jak pachnie z tą posypką. Przez uszy do nosa. Nos ma jeden katar z oczami. Płacz techniczny. Przesłona. Dosłownie. Reszta – ręce pracują. Trochę jak u ślepych. Nogi w czymś. Plecy mają wprawę. Całość zlepiona, spocona, zmachana, coś się mówi na tle. Myśli też. To samo, szybciej. Wejście. Z ludźmi. Pod czymś. Patrzą. W dziurę. Szparę. Schodki. W coś ciemne, wilgotne, z tłokiem. I nie wiem dlaczego, ale ta klapa, czy to była klapa? – to wejście (zejście) pod Sakramentki? Czy w ogóle coś z desek? I pod tym głęboko te chmary. To gniazdo. Swen tupie, krzyczy, zapiera się.

– Ja tam nie wejdę. Ja tam nie pójdę. Chodźmy. Do Sakramentek nie chodźmy. Do Sakramentek nie wejdę. Do Sakramentek nie wejdę.

Pchamy go. A on swoje:

– Do Sakramentek nie wejdę. Do Sakramentek nie wejdę.

Staje przed nami nagle sakramentka. Od dołu.

– U nas już bardzo ciasno, trzy tysiące osób pod kościołem – rozkłada ręce; ma schylone oczy z głową; mówi szaro-szaro dalej: – Naprawdę, dokąd mogliśmy… przyjmowaliśmy… – zakłopotana urwała.

– Może, a może – my na to.

– No, dokąd mogliśmy…

– Może jednak – znów my, czyli Ciotka, Matka, Zbyszek, ja, Celina, Lusia z Mareczkiem za rękę (po skarpie go niosła, zasłaniała sobą), pani Rymińska. I ta z Towarowej. Ta kobieta. Od rowów od drzwi.

– Może, może jednak…

– Może jakoś…

Prócz Swena, który:

– Nie!

i

– Nie!

– Tu nie! – i tupał na boku.

– No, jak państwo… no sprawdźcie, tłok… i ściany zarysowane… tyle bomb… już trafiło… w nas, w kościół – widzicie. – (Tak, kościół Sakramentek na wierzchu nie bardzo już jednak istniał, tak, tak, już wtedy, a nie miały więcej nic, nic, tylko to, tyle, ile pod kościołem, pod tą klapą). – No wejdźcie, proszę – jak się zmieścicie – proszę, zobaczcie, wejdźcie, proszę – zapraszała pod klapę w dół.

Co tam było?

Byliśmy zakłopotani. Teraz my. Z tobołami z sucharami. Wejść? Nie?

– Nie, tam nie zejdę, tam nie wejdę, nie, nie. – Swen zdecydował, nie dopuścił.

To gdzie teraz?

– To gdzie teraz?

– Do Panny Marii?

– No, czy tam są? tam przysypało, o! jak wygląda! – Wyglądała strasznie, Panna Maria. Tak, tak. Przypominam sobie teraz wszystko. Jak to było już wtedy.

– A może siedzą?

– Może są.

– Chodźmy.

Podeszliśmy pod Pannę Marię. Zupełnie nas odstraszyła. I kościół. I ta ciemna dzwonnica. Jak te zabawy na wsi w sklep, w kakao z cegły, reszta… – ano; taka była Panna Maria.

Miron Białoszewski, fragment Pamiętnika z powstania warszawskiego, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy.