Internet przenika do literatury, literatura do internetu. I tak to się wszystko kręci w rytm przebiegłego algorytmu. Ale czy poeci piją jeszcze ze sobą wódkę? O tym, po co Facebook jest poecie, rozmawiam (oczywiście przez internet) z Marcinem Orlińskim. Właśnie ukazały się Środki doraźne, jego siódma książka.

Jędrek Biegański: Wy, poeci, jesteście teraz w internecie. Oprócz artykułów w Wikipedii macie profile w mediach społecznościowych i to tam tworzycie jakiś parnasik literacki. Wiersze też piszecie w internecie lub co najmniej pod jego wpływem. A po co Facebook jest poecie?

Marcin Orliński: Nawiązując do pierwszego zdania twojej wypowiedzi, mógłbym zacząć: „My, poeci…”, ale zabrzmiałoby to strasznie patetycznie. Więcej: uzurpacyjnie. Bo ani mi się wypowiadać w imieniu innych autorów, ani definiować środowisko, które jest bardzo zróżnicowane i rozproszone.

Ale chyba zgodzisz się ze mną, że poeci są na Facebooku.

Facebook i internet stały się już dawno ważną częścią literackiego życia, narzędziem, które ułatwia komunikację, a czasem wpływa nawet na kształt i charakter tekstów. Warto jednak pamiętać, że najważniejsza jest w tym wszystkim literatura. Wartościowe utwory bronią się same i nie jest im do tego potrzebna „przestrzeń Zuckerberga”. Jest przecież cała masa poetów w różnym wieku, którzy omijają sieć szerokim łukiem. Wydanie książki jest zresztą wciąż istotnym elementem biografii literackiej, zwieńczeniem pracy twórczej i nawet ci, którzy zaczynali od publikacji w portalach internetowych, dążą zwykle do zaistnienia na papierze.

Bo papier, chyba bardziej niż internet, sublimuje.

Każda czynność może być jakąś formą sublimacji, od pisania bloga poprzez bieganie i gotowanie aż po wygłaszanie orędzia noworocznego i zabawę kolejką elektryczną. Ale nie wiem, czy jest teraz sens brnąć w psychologię. Wydaje mi się, że opublikowanie wierszy w czasopiśmie – podobnie jak wydanie książki – wciąż łączy się po prostu z jakimś prestiżem. W sieci publikować może każdy. W przypadku papieru sito jest większe: teksty muszą przynajmniej teoretycznie – spełniać jakieś kryteria, mieć jakąś wartość literacką, ktoś je musi zaakceptować i zapłacić za druk.

Internet przenika do literatury, literatura do internetu. I tak to się wszystko kręci w rytm przebiegłego algorytmu. My też, co pewnie można trochę wyczuć, rozmawiamy teraz przez internet. Ale czy poeci jeszcze w ogóle piją ze sobą wódkę?

Znam osobiście wielu autorów, przyjaźnię się z kilkoma, ale nie tworzymy żadnej grupy. Epoka grup i kawiarni literackich minęła chyba bezpowrotnie. Wyjątkiem może warszawska kawiarnia Czytelnik, choć i ona czasy świetności ma już raczej za sobą. Młodzi autorzy nie potrzebują chyba takich miejsc. Może dlatego, że w całej Polsce organizowane są rozmaite imprezy literackie, spotkania autorskie, festiwale i inne wydarzenia, które pozwalają się poznać, wymienić doświadczeniami, poznać swoją twórczość, a czasem podjąć jakieś wspólne działania.

Rozumiem, że do podejmowania wspólnych działań można zaliczyć wyjście na wódkę. Ale wróćmy do papieru. Wydałeś właśnie swoją siódmą książkę. Śmieszno czy straszno? Jak jest bohaterowi Środków doraźnych?

I straszno, i śmieszno. Uważam, że śmiech ma zbawienne działanie, zarówno wtedy, kiedy porusza się tematykę społeczno-polityczną, jak i podczas pisania o problemach życiowych i egzystencjalnych. Żart pozwala zachować dystans wobec opisywanych zdarzeń, spojrzeć na dany problem z zewnątrz. Czasami kiedy przedstawi się jakąś sytuację w karykaturalny czy przejaskrawiony sposób, zaczyna się ona jawić w zupełnie innej perspektywie. Taką strategię obrałem nie tylko w ostatnim tomie wierszy, lecz również w dwóch poprzednich książkach – Tętnie i Zabiegach.

Bohater tych wierszy sprzedał na targach tylko trzy książki. Jest chyba lekceważonym poetą. W swoim biogramie pisze: statysta literatury. Lubi się ładnie urządzić (jak w wierszu Lista błędów). Ma nieudane życie seksualne (Wycinanki), cierpi na depresję (w prawie wszystkich wierszach), ma uraz pokorporacyjny i żal mu ginących w reklamach detergentów (Poranek).

Strasznie to uprościłeś.

Tak to przeczytałem. Nawet dwa razy.

Mój bohater nie twierdzi, że ma nieudane życie seksualne, tylko że jego pesymistyczne i narcystyczne nastawienie „nie wróży udanego życia erotycznego”. To jednak spora różnica. Nie mówi również, że „lubi się ładnie urządzić”, chyba że czegoś nie pamiętam. Czy jest lekceważonym poetą? Wyznaje, że sprzedał na targach trzy książki, ale to akurat los dużej liczby autorów. Poezja sprzedaje się gorzej niż proza czy reportaż, jest zresztą wydawana w o wiele niższych nakładach.

Czy w takim razie inny bohater niż bohater poeta-porażka byłby możliwy?

Nie wiem, pewnie tak. Ja starałem się zgotować mojemu jak najgorszy los, co ma związek z poprzednią kwestią, o którą pytałeś. Miało być poważnie, ale i śmiesznie. Podmiot liryczny jest więc przerysowany, ulepiony z rozmaitych wad i defektów. Uważam zresztą, że pisanie o słabościach poety jest ciekawsze i bliższe prawdy niż stawianie mu pomników.

Ile wierszy powstało pod wpływem, że tak powiem, zdarzeń internetowych? Czasami w Środkach doraźnych da się wyczuć taką internetową frazę, np. w Czasie antenowym.

Media elektroniczne to dla mnie naturalne środowisko pracy. Myślę, że nie różnię się pod tym względem od większości współczesnych autorów. Nic dziwnego, że przesiąka się nieco stylem wypowiedzi z mediów społecznościowych, blogów czy forów dyskusyjnych. Możliwe zatem, że „internetowa fraza” czasem się u mnie pojawia. Pojawiają się też elementy wirtualnego świata – na przykład album ze zdjęciami, o którym mowa w wierszu Toalety polskie, faktycznie istnieje na moim profilu na Facebooku. Ale zdarza mi się też korzystać z innych rejestrów kulturowych. W jednym wierszu ze Środków doraźnych podobnie jak w Zabiegach nawiązuję do języka biblijnego. W kilku utworach czerpię z kolei ze stylu publicystycznego.

Kaskader literatury czy raczej statysta? Zbyt klasycystyczny dla nowoczesnych, zbyt / nowoczesny dla klasycystów. Siał zamęt, bluzgał / w wierszach, nie miał szacunku dla tradycji / literackiej. Czy to mógłby być urywek z twojego biogramu?

To już nie mnie oceniać, choć oczywiście wolałbym, aby moja rola – jeśli już ciągnąć te metafory filmowe – nie ograniczyła się do kilkusekundowego ujęcia, w którym stoję pośród rozkrzyczanego tłumu. Myślę, że w przypadku zacytowanego przez ciebie fragmentu najważniejszy jest jego wydźwięk emocjonalny. Bohater mojej książki tworzy sobie biogram, w którym wyraża swój pesymizm, ale w którym widać też rodzaj buntu. Sposób, w jaki sam siebie przedstawia, wpisuje się w historię jego depresji, o czym traktuje kilka innych wierszy w tym tomie. No i warto dodać, że – podobnie jak w przypadku innych tekstów – jest to urywek dosyć ironiczny i zaczepny.

Pewnie wkrótce spotkasz się z czytelnikami. W której aptece odbędzie się spotkanie promujące twoją nową książkę? Spodobał mi się ten pomysł z wiersza Kufle i Kapsle. Swoją drogą, też czasami piję piwo w tym lokalu, ale nie spotkałem tam poetów.

Mam w planie kilka spotkań autorskich, m.in. w Lublinie, Poznaniu, Krakowie i Mysłowicach. Niestety żadne z nich nie odbędzie się w aptece, ale jeśli znasz jakiegoś farmaceutę, który byłby zainteresowany organizacją takiej imprezy, to możesz mnie z nim skontaktować.

Spróbuję pomóc. Zapytam znajomych na Facebooku.

Rozmawiał Jędrek Biegański

Marcin Orliński (ur. 1980) – poeta, prozaik, krytyk literacki. Często loguje się na Facebooku. Wydał siedem książek, w tym pięć tomów poetyckich. Środki doraźne, jego najnowsza książka, ukazała się dzięki Nagrodzie im. Adama Włodka przyznanej w 2016 roku przez Fundację Wisławy Szymborskiej. Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Newsweeku”, „Tygodniku Powszechnym” i „Twórczości”. Redagował rubrykę poetycką w „Przekroju” i serię wydawniczą Biblioteka Debiutów przy „Zeszytach Poetyckich”. Jego wiersze były tłumaczone na języki angielski, niemiecki, francuski, szwedzki, rosyjski i ukraiński. Mieszka i pracuje w Warszawie.