Podczas pobytów w Stróży brał udział w dość ekstremalnych wyścigach samochodowych, które dziś jego rodzina wspomina z przerażeniem. Nie potrzebował mechanika. Sam wykonywał większość napraw. Wśród literatów uchodził za eksperta – Mrożek i Ścibor-Rylski zwracali się do niego z pytaniami dotyczącymi olejów, przewodów i filtrów. Z autorem Tanga połączyły go zresztą głównie kwestie motoryzacyjne.

Publikujemy fragment książki Lem. Życie nie z tej ziemi Wojciecha Orlińskiego. To pierwsza w Polsce biografia autora Cyberiady.

Trzecim bliskim przyjacielem z tego okresu był Sławomir Mrożek. Po raz pierwszy spotkali się na ślubie Lemów w roku 1953, ale na „ty” przeszli dopiero na przyjęciu sylwestrowym 1958/1959 u Jana Józefa Szczepańskiego (poza Lemami i Mrożkiem był tam też Jerzy Turowicz; są takie przyjęcia, że człowiek by dał wszystko za sam przywilej bycia tam w roli kelnera, szatniarza, kierowcy, kogokolwiek…).

Korespondować zaczęli wcześniej, ale pierwszy osobisty list wyszedł od Mrożka 14 stycznia 1959 roku:

Stanisławie,

w pierwszych słowach mojego listu podkreślam obalenie tytułów, jakie nastąpiło między nami z 31.XII.1958 na 1.I.1959. Czynię to z pewnym lękiem, czy nie było to przypadkiem z Twojej strony wynikiem chwilowej lekkomyślności. Jednocześnie zabezpieczam się i niejako okopuję na tej pozycji, utwierdzając to pisemnie.

Sądząc z pierwszych listów, obu literatów zbliżyły głównie kwestie motoryzacyjne. Mrożek właśnie przystępował do zakupu samochodu marki P70. Lem niewątpliwie górował nad swoimi znajomymi literatami wiedzą o motoryzacji po prostu dlatego, że go to pasjonowało. Z jego listów można wyobrazić sobie, że sam wykonywał większość napraw – choć jednak miał w garażu komplet podstawowych narzędzi, to w rzeczywistości głównym źródłem wiedzy Lema był jego sąsiad pan Zawiślak, mechanik samochodowy (tak przynajmniej twierdzi Michał Zych). Tak czy owak, wydaje się naturalne, że Mrożek i Ścibor-Rylski zwracali się ze swoimi pytaniami dotyczącymi olejów, przewodów i filtrów właśnie do Lema.

Korespondencja Lema z Mrożkiem szybko jednak zeszła na ciekawsze tematy. Obaj tłumaczyli w niej swoje koncepcje filozoficzne, polityczne i literackie, spierali się o innych pisarzy. Łączyła ich niechęć do zapomnianego już Ireneusza Iredyńskiego, który był wówczas literatem bardzo znanym w środowisku, ale nie zostawił po sobie nic, co by wytrzymało próbę czasu. Innym wspólnym przekonaniem była głęboka niewiara w to, że z reformowania PRL cokolwiek komukolwiek może wyjść dobrego.

Korespondencja Lema z Mrożkiem szybko jednak zeszła na ciekawsze tematy. Obaj tłumaczyli w niej swoje koncepcje filozoficzne, polityczne i literackie, spierali się o innych pisarzy. Łączyła ich niechęć do zapomnianego już Ireneusza Iredyńskiego (…)

Na przełomie 1958 i 1959 roku obaj mają jeszcze bardzo podobne podejście do literatury. Wesele w Atomicach Mrożka i Inwazja z Aldebarana Lema to utwory tak podobne, że właściwie mogłyby pochodzić od tego samego autora. Potem oczywiście drogi obu pisarzy się rozejdą; obaj już w roku 1959 pracują nad swoimi największymi arcydziełami.

Ze względu na wyjazd Mrożka do Warszawy, a potem do Francji i Włoch przyjaźń miała charakter głównie korespondencyjny – podobnie jak wcześniej zawiązane znajomości ze Ściborem-Rylskim czy z Wróblewskim. Chociaż w listach ciągle widać próby umówienia się na spotkanie, okazje zdarzały się rzadko. W każdym razie zdecydowanie rzadziej niż z Błońskim czy Szczepańskim w każdym razie.

Życie towarzyskie Lema nie ograniczało się tylko do literatów. Zresztą nikt wtedy chyba tak nie funkcjonował. Przyjęcia, na których wszyscy są dziennikarzami, w większości związanymi z tym samym tytułem, to fenomen współczesnej Warszawy, ale na pewno nie ówczesnego Krakowa. Choćby na tym sylwestrze u Szczepańskiego poza Lemem, Mrożkiem i Turowiczem byli też koledzy z wojska, sąsiedzi, znajomi żony… – wszyscy skrupulatnie wyliczeni w dzienniku.

Lemowie dalej byli stałymi gośćmi na rodzinnych imprezach Kołodziejów, którzy pozostali na Bonerowskiej (a oni z kolei często odwiedzali Lemów na Klinach. Ze wspomnień Michała Zycha wynika też, że jego wuj doskonale się odnalazł w bliższej i dalszej rodzinie swojej żony. W domu na Klinach, który wtedy nie znajdował się jeszcze przy ulicy Narvik (ulica początkowo miała się nazywać Fortową), na stałe mieszkała nie tylko teściowa Lema, ale także siostra jego żony i mały Michaś. Wprawdzie osiedlali się tam, tylko gdy Michał chorował, ale chorował w tym okresie często na różne choroby wieku dziecięcego: na przykład w 1959 roku najpierw złapał świnkę (nazywaną też zniekształconym niemieckim słowem: „mums”), a kilka dni później szkarlatynę. Mumsem zaraziła się niejaka Halinka, dziewczyna zatrudniona do pomocy w kuchni. To wszystko prawdopodobnie zainspirowało pojawienie się tej choroby w Opowiadaniu Pirxa: „Najpierw technik stosu, potem obaj piloci naraz, potem reszta; spuchły im gęby, oczy jak szparki, wysoka gorączka, o wachtach nie było nawet mowy”.

Stanisław Lem chętnie podczas tych wyjazdów uczestniczył w wyścigach samochodowych, które Michał Zych wspominał z przerażeniem. Jego wujowie bowiem albo ścigali się samochodami dookoła lipy rosnącej na podwórzu (…)

Rodzina Leśniaków spotykała się często w posiadłości w Stróży koło Myślenic. Stanisław Lem chętnie podczas tych wyjazdów uczestniczył w wyścigach samochodowych, które Michał Zych wspominał z przerażeniem. Jego wujowie bowiem albo ścigali się samochodami dookoła lipy rosnącej na podwórzu, albo urządzali sobie szaleńcze rajdy po zakopiance. Żeby wyścig był ciekawszy, zasada była taka, że pasażerowie starają się, jak mogą, utrudnić kierowcy prowadzenie samochodu – złośliwie zasłaniając mu oczy, zmieniając biegi, zaciągając ręczny, włączając wycieraczki lub zabierając okulary. Na szczęście samochody wtedy ciągle były rzadkością, więc ruch na drodze był niewielki. Ale jednak strach pomyśleć, że przecież wystarczyłaby jedna ciężarówka i wszystko skończyłoby się tragicznie.

Ludzie wtedy mieli jednak inne podejście do bezpieczeństwa na drodze niż my dzisiaj, w czasach unijnych certyfikatów, testów zderzeniowych i poduszek powietrznych. I zresztą często płacili za to najwyższą cenę. Na szczęście nie zapłacili jej Lem ani Mrożek, choć ten drugi w liście z 1961 roku opisywał rozbicie własnego P70 podczas poślizgu na mokrej kostce, która wówczas pokrywała dzisiejszą drogę ekspresową S7 gdzieś w okolicach Tarczyna.

„35 000 już miał i wał rzeczywiście stukał mu” – podsumował to Mrożek. Lem pożegnał się ze swoim P70 wcześniej i z niższym stanem licznika: 21 000. Nigdy tego samochodu nie lubił – jak pamiętamy, musiał coś szybko kupić w związku z przeprowadzką, a na nic lepszego nie było go wtedy stać. Samochody naprawdę atrakcyjne wymagały walut, a u pisarza krucho było wtedy nawet ze złotówkami.

Lemowie od początku uważali, że bez samochodu nie ma mowy o przeprowadzce na Kliny, z powodu braku komunikacji publicznej i jakiejkolwiek infrastruktury na miejscu. Przez wiele lat do najbliższego sklepu mieli kilka kilometrów (sklep na osiedlu otwarto dopiero w roku 1964). Tymczasem wcale nie tak wielu mieszkańców osiedla miało samochody. Michał Zych wspomina, że oprócz P70 Lemów był tam jeszcze renault dauphine Błońskiego, poza tym syrenka i dekawka (czyli DKW). Najwspanialszy samochód miał znachor, do którego pacjenci ściągali z okolicznych wsi – była to simka aronde, obiekt niespełnionych marzeń samego Lema.

Fragment książki Lem. Życie nie z tej ziemi Wojciecha Orlińskiego, wydawnictwo Czarne/Agora, 2017.

Fot. Wikimedia.org