Prawie 2000 stron, kilkudziesięciostronicowe bibliografia i kalendarium, setki osób w indeksie. Źródła: korespondencja, prasa, notatki, archiwa, relacje, wspomnienia, a także rzeczy – fotografie, widokówki, kalendarzyk „Air France” na rok 1959, wycięte z gazety zdjęcie Paula Celana czy w końcu karteczka, na której, stojąc przy praskim grobie, poeta przepisał daty życia i śmierci Franza Kafki. Praca nad dwutomową biografią Zbigniewa Herberta – jak napisał w postscriptum jej autor, Andrzej Franaszek – była długą podróżą. Po wielu latach książka w końcu trafia do czytelników w Roku Herberta.

Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak publikujemy kilka fragmentów biografii Zbigniewa Herberta, które przykuły naszą uwagę w trakcie pierwszej lektury.

 

Męskie ideały Zbigniewa Herberta

Opisać dzieciństwo Zbigniewa Herberta jako jeszcze jedno wcielenie sytuacji znanej z Listu do ojca Franza Kafki byłoby olbrzymią przesadą, zapewne zresztą dzisiejszy, o wiele bardziej partnerski i zacierający pokoleniową hierarchię model rodziny uwrażliwia nas na tego rodzaju metody wychowawcze, każąc osądzać je jako okrutne. Przed blisko stu laty były czymś zwyczajniejszym, trudno orzec, czy w rzeczy samej – czego z pewnością oczekiwano – hartującym osobowość i wszczepiającym dzieciom kodeks moralny. Istotny jest tutaj przede wszystkim kolejny rys umożliwiający zrozumienie wspominanej już relacji syna i ojca. Jeśli dla na przykład dojrzewającego Czesława Miłosza ojciec stał się właściwie antywzorem, w życiu Herberta dostrzegamy sytuację odwrotną. Bodaj do swej śmierci pozostanie Bolesław autorytetem, figurą, wobec której syn będzie musiał się opowiedzieć, zazwyczaj postrzegając samego siebie jako gorsze wcielenie męskich ideałów.

 

Dlaczego poeta spalił w młodości swoje wiersze?

(…) Herbert wróci do tamtego czasu, budując obraz aż zaskakująco stereotypowy, wpisujący się w wyobrażenia losu artysty naznaczonego nieszczęściem, artysty, któremu boska czy diabelska ręka odbiera to, co mu najbliższe, by pozostawić jedynie możliwość tworzenia, a który to obraz musiał zarazem oddawać wiele z jego prawdziwych i bez wątpienia bolesnych uczuć w jesieni 1943 roku: „kiedy miałem szesnaście lat, zachorował poważnie mój braciszek. Byłem wówczas autorem dwóch wierszy, z których jeden, długi poemat na wzór Statku pijanego uważałem za genialny. Wiedziałem, że aby brata uratować, trzeba poświęcić coś, co ma się najdroższego. Spaliłem wiersze i poprzysiągłem, że nie będę nigdy pisał. Mały umarł mi na rękach, pamiętam: miał dużą gorączkę i opowiadałem bajkę, która podobała mu się. Umarł, więc mogłem już zostać lichym poetą”.

 

Akademickie zupki i inne kulinarne umiejętności Zbigniewa Herberta

Tak więc rodzina podejmuje – zapewne niełatwą – decyzję o czasowym rozstaniu, obdarowany zaś wolnością, ale też odpowiedzialnością Zbyszek będzie mógł donieść Ruziewiczowi w lipcu 1945 roku: „Rodzice moi wyjeżdżają do Sopot, gdzie mój Papa dostaje niezłą zresztą posadę dyrektora wydziału finansowego Gdańskiej Dyrekcji Odbudowy. Zostaję z Haliną sam, trochę bidujemy (akademickie zupki, o wszystko trzeba się troszczyć, pchamy)”.

Jego siostra wspominała, że jadali wtedy w uniwersyteckich stołówkach, korzystali z paczek żywnościowych, które do Polski trafiały ze Stanów Zjednoczonych dzięki pośrednictwu – jak chętnie nazywano tę organizację – „cioci Unry”, czasem też próbowali coś samodzielnie upichcić, a „brat pisał menu. Raz jedliśmy »la soupe rouge à la Bolognese«, a raz »Bolognese à la rouge«, to był zawsze ten sam barszcz”. Po latach kulinarne umiejętności autora Barbarzyńcy w ogrodzie znacznie się rozwiną, teraz trzeba po prostu przetrwać, co wymagało determinacji i pomysłowości. Leszek Elektorowicz opowiadał, jak to zaradny Zbyszek wyjaśniał mu „korzyści płynące z kupowania nadgniłych, ale sumiennie wykrojonych jabłek. Ich cena była trzykrotnie niższa od zdrowych owoców. Innym rodzajem oszczędności Zbyszka było łatanie dziurawych butów, od wewnątrz, za pomocą wyściółki z gazet”. Garderoba musiała wystarczyć na lata, obstalowaną we Lwowie marynarkę nosił zatem niedawny elegant długo, godząc się z tym, że jej krój i kolor stawały się coraz bardziej nieokreślone.

 

Raz tylko poszedłem ostro na alkoholowe dno

(…) w liście do Miłosza podkreślał: „raz tylko poszedłem ostro na alkoholowe dno. Teraz już nie robię głupstw. Tylko literatura mi brzydnie. Z Polski dochodzą głuche wieści o powszechnym zwariowaniu: Sandauer, Różewicz, ataki na Wyszyńskiego, żarcia, prowokacje, donosy. Będę tu siedział – pracował jak długo się da”.

 

Nieoczekiwane spotkanie z Mironem Białoszewskim

W archiwum poety zachował się także zaczątek znacznie późniejszego tekstu, wspomnienia pisanego bardzo już rozchwianymi literami, z którego wyłaniają się drobne epizody. „Mirona znałem mało, raz wszedł w mój życiorys w kolejce elektrycznej relacji Otwock – Warszawa Zachodnia. Nawet nie powiedział »Cześć«, tylko ostro zapytał, czy mam ważny bilet. Przytaknąłem, a on na to: »niech Pan mi go da«” – opisuje Herbert, dodając, że bilet ten, na który – a tym bardziej na mandat – autora Obrotów rzeczy nie było stać, w rzeczy samej oddał: „do końca życia będę myślał bez fałszywej skromności, że zrobiłem coś dla poezji”.

 

Zawiadomiono moją rodzinę, że umarłem

„Działy się ze mną różne śmieszne rzeczy, między innymi zawiadomiono moją rodzinę, że umarłem. Czuję się trochę jak łazarz” – napomykał Dedeciusowi, Czajkowskim zaś donosił: „ostatnio ogłoszono, że umarłem w szpitalu psychiatrycznym. Byłoby to bardzo śmieszne, gdyby nie ściągano mojej chorej Mamy samolotem z Gdańska. Musiałem pobić kogoś po mordzie”. Nie mamy żadnych danych, by ustalić, o co dokładnie chodziło, czy to była zwyczajna pomyłka, nieporozumienie, czyjś idiotyczny żart czy może – to już bardzo daleko idąca i mało prawdopodobna hipoteza – prowokacja Służby Bezpieczeństwa, mająca zdyskredytować pisarza. Niewątpliwie natomiast widzimy duszną atmosferę tych pierwszych dni 1965 roku, kiedy Herbert musiał poruszać się w cokolwiek zamglonej rzeczywistości, jakby i tutaj, pozwólmy sobie na tę nieodkrywczą metaforę, przychodziło mu błądzić w labiryncie.

 

Księgozbiór Zbigniewa Herberta

Dookoła biurka – biblioteka, która jest jak opowieść o życiu i duszy właściciela, o wyborach estetycznych i moralnych, o podróżach, o przyjaźniach i o klęskach. Pod wysokim sufitem eseje Camusa, Tomasz Mann, Tołstoj, ale już półkę niżej, obok Przypadków Robinsona Crusoe, solidne tomy Medycyny sądowej i Kryminalistyki, od których niedaleko do Smutku tropików. Kilka centymetrów dalej czarno-żółta Chemia fizyczna Zdzisława Ruziewicza z dedykacją dla Herberta „około czterdziestej rocznicy naszej niezapomnianej matury”. Autor Pana Cogito grubego tomu z pewnością nie przeczytał, ale na pierwszej stronie wpisał odręcznie ekslibris. Obok półka książek o fizyce, astronomii i strukturze wszechświata, dalej podręczniki botaniki i zoologii – nie przypadkiem Herbert radził młodym poetom, by interesowali się wszystkim, czytali filozofów, historyków i codzienne gazety, nie zamykali się w getcie rozważań o rodzaju metafor i tajemnicy rymu.

 

Fragmenty książek Herbert. Biografia. Niepokój i Herbert. Biografia. Pan Cogito Andrzeja Franaszka, Wydawnictwo Znak, 2018.