Krupnicza 22 w Krakowie. Dziś działa w tym miejscu tylko bar wegetariański, ale przed kilkoma dekadami toczyło się tu burzliwe życie literackie. W krakowskim Domu Literatów mieszkali młodopolanin Artur Górski, Jadwiga Witkiewiczowa, córka Stanisława Brzozowskiego, Tadeusz Peiper. Do lokatorów należeli także reprezentanci pokolenia 1910, pokolenia Kolumbów, pokolenia „pryszczatych”, pokolenia ’56, Nowej Fali oraz pokolenia ’76. Książka Wszystkie drogi prowadzą na Krupniczą Anny Grochowskiej odtwarza małe, codzienne historie pisarzy i pisarek, którzy po pobycie w Domu Literatów zamieszkali na stałe w kanonach literackich i anegdotach.

Dzięki uprzejmości wydawcy – Księgarni Akademickiej – publikujemy mikrohistorie lokatorskie trzech bohaterów książki: Stanisława Czycza, Sławomira Mrożka i Ireneusza Iredyńskiego. 

 

Choć byli sąsiadami, widzieli się zaledwie kilka razy. Mieli wspólny przedpokój, z którego przechodziło się do osobnych pokojów. Jeśli już z sobą rozmawiali, to na przykład wtedy, gdy spotkali się… gdzieś na ulicy albo na schodach. Zdarzyło się też, że Mrożek nie usłyszał, że Czycz wchodzi do mieszkania, więc wyszedł z pokoju. Jednak sytuacje te rzadko miały miejsce. Na początku dla Czycza sytuacja ta była kuriozalna, szybko jednak zaakceptował ją i zaczął działać podobnie. Panowie nie rozmawiali w mieszkaniu, bo – jak sądził Czycz – jego słowa mogłyby wpaść do mózgu Mrożka jak ziarnko piasku do precyzyjnego mechanizmu i zaprzepaścić jakiś wątek czy cenną myśl.

Do Mrożka przychodzili dziennikarze i recenzenci. Któregoś razu za-witał w ich progu wybitny warszawski krytyk teatralny. Czycz otworzył, bo myślał, że przyszedł ktoś do niego. Mrożek nie wyszedł z pokoju, ale przerwał pisanie:

[…] „nie ma go” mówiłem, to ten się przedstawiał i mówił że powinien być bo jest z nim umówiony, „ale go nie ma” mówiłem i zamykałem drzwi, Mrożek odczekiwał chwilę aż tamten zacznie schodzić po schodach, i wracał do pisania. Innym razem ktoś inny: „ale przecież dozorczyni mówiła mi, że Mrożek szedł do siebie”, „to widocznie nie doszedł” odpowiadałem, „jak mógł nie dojść?”, „albo doszedł i wyszedł oknem, wyleciał, tego dozorczyni nie mogła zauważyć, pan nie zna Mrożka” i zamykałem drzwi, ktoś jeszcze inny, żebym sprawdził czy naprawdę nie ma, podchodziłem więc do drzwi Mrożka, pukałem, „Sławek, jesteś?” pytałem, nic, cisza, „no więc widzi pan”, i odchodził.

Stanisław Czycz mówił o współlokatorze „ten skąpy skurwysyn Mrożek”. Dlaczego? Bo – jak głosi anegdota – Mrożek chował się przed nim w obsesyjnej wręcz obawie o to, że Czycz będzie chciał od niego pożyczyć pieniądze. Z tego też powodu – jak przypuszczano – na wszelki wypadek nie wychodził z pokoju, gdy wiedział, że Czycz jest w kuchni, łazience czy na korytarzu. Jednak pewnego razu Mrożek dał się zaskoczyć w piwnicy przy węglu. Nie wiedząc, kto nadchodzi, zgasił światło i padł na ziemię.

Stanisław Czycz w swoim mieszkaniu w Domu Literatów, kadr z filmu Pani Lola, reż. B. Maj, H. Urbanek

Przyszły autor Tanga miał zwyczaj wynoszenia do przedpokoju tego, co przeczytał. Była to najczęściej prasa, ale nie tylko. Można tam było znaleźć między innymi tomy dzieł klasyków filozofii. Jako że czasem Mrożek zabierał część z tych rzeczy, wychodząc z domu, Czycz pomyślał, że wyrzuca je do kubła na śmieci. Z tego właśnie powodu wpadł na pomysł, by Mrożkowi podbierać gazety i palić nimi w piecu, gdy nie miał pieniędzy na węgiel. Jako że książek było mu szkoda na podpałkę, kiedy nie miał za co kupić jedzenia i papierosów, brał tomy na Akademię Sztuk Pięknych, by je komuś sprzedać. Proceder ten trwał w najlepsze, aż pewnego razu Mrożek wyjechał do Paryża (jeszcze nie na stałe). Następnego dnia przyszedł jego ojciec i zabrał cały stos książek, których Czycz jeszcze nie zdążył sprzedać. Autor Anda wspominał: „gdy wyszedł to stos zniknął, zobaczyłem i zrobiło mi się głupio… a więc się myliłem sądząc, że Mrożek to wyrzuca… gdy czasem coś zabierał wychodząc, to pewnie wynosił do rodzinnego domu lub sprzedać na makulaturę… a tu ja mu podkradałem… byłem złodziejem, a nie jak sądziłem pomocnikiem w uprzątaniu śmieci…”. Dlaczego nie zapytał Mrożka o pozwolenie? To, jeśli się zna historię ich kontaktów, nie powinno dziwić.

(…)

Choć nigdy nie zrobił matury, był erudytą. Już jako szesnastolatek debiutował wierszem pt. Podhale zimą, wydrukowanym w dodatku do „Dziennika Polskiego”. Zaczął pisać, wstąpił też do Koła Młodych. W 1958 roku przydzielono mu mieszkanie przy Krupniczej 22. Zdaniem Jerzego Kisielewskiego Iredyński dostał pokój dzięki interwencji Kisiela. Zamieszkał nad Miecugowami, na ostatnim piętrze. Jan Güntner wspominał go następująco:

Taki Iredyński, cóż to był za obrzydliwy gówniarz. Wyłaził u Plastyków na taką galeryjkę, gdzie poeci czytali wiersze, i wygłaszał obraźliwe improwizacje na temat osób będących na sali. Miał wtedy dziewiętnaście lat, dopiero co przyjechał z Bochni, gdzie chodził chyba do liceum drukarskiego, i oznajmił, że jest poetą. Nikt nie widział linijki z tego, co rzekomo napisał, drażnił wszystkich do nieprzytomności, a jednak uwierzono mu, zaufano, zaakceptowano go, nawet dano pokój w Domu Literatów i nagle okazało się, że naprawdę jest poetą. I pisarzem.

Przez pryzmat gówniarstwa opisywał Iredyńskiego także Stanisław Czycz:

Iredyński mnie, zresztą Bursę też, on mnie drażnił. Zresztą młodszy od nas, ale z drugiej strony on był takim jakimś, właściwie do końca życia, gówniarzem. Te jakieś tam popisy cynizmu, styl bycia. Wiem, że w końcu już on taki był, ale mnie to specjalnie drażniło. Było śmieszne. Jeżeli ktoś jest jakimś mężczyzną, sukinsynem, to nie udaje tego sukinsyna. A on właśnie jak Hemingway, który był do końca życia gówniarzem. Ale to nie znaczy, że ja z Iredyńskim nie lubiliśmy się.

Dostanie mieszkania czy pokoju w Domu Literatów wymagało niekiedy poświęceń. Że przy Krupniczej 22 nie było tak strasznie, Iredyński miał się przekonać na własnej skórze. Kika Szaszkiewiczowa, związana z Piwnicą pod Baranami, wspomniała, że kiedyś Iredyński – gdy czekał na obiecane mu mieszkanie w Domu ZLP – usilnie namawiał ją, by go przenocowała przez kilka dni. Ona tłumaczyła mu, że nie ma już miejsca, ale on uparł się, że będzie spał na podłodze. Szaszkiewiczowa ostrzegła go jednak lojalnie, że w mieszkaniu jest jeszcze Kubuś, czyli oswojony szczur, który spał pod jej łóżkiem, a nocą chadzał sobie po domu.

Iredyński myślał pewnie, że ja go tak straszę. Pościelił sobie na podłodze, zapalił lampkę i zaczął czytać. A tu Kubuś – drep, drep, wychodzi spod łóżka. Zawsze szedł do łazienki, napił się grzecznie wody, zrobił obchód mieszkania i uprzejmie wracał pod łóżko. Budzi mnie wrzask, Iredyński przerażony rzuca w Kubusia butami, krzyczy, więc ja też w krzyk: Uspokój się, czego chcesz od tego biednego zwierzęcia. Rano Iredyński spakował się i wyniósł.

Iredyński dostał przydział na pokój, w którym nie było toalety ani łazienki. Z tego powodu młody pisarz miał zawijać swoje ekskrementy w papier gazetowy i wyrzucać do ogródka pod oknami Kisielewskich. Proszony przez żonę o reakcję Stefan krzyczał przez okno: „Panie Iredyński! Niech pan nie wrzuca gówna do ogródka!”. Iredyński prosił wówczas o załatwienie klucza do wiecznie zamkniętej toalety. Dziś trudno stwierdzić, kto jest prawdziwym bohaterem tej anegdoty, bowiem analogiczną czynność Kisiel przypisał w swym Abecadle Tadeuszowi Peiperowi. „To w ogóle był taki Cygan przedziwny. Mieszkaliśmy nawet w jednym domu w Krakowie. Był znany z tego, że ponieważ nie miał klozetu, to wyrzucał… gówno, że tak powiem, owinięte papierem… oknem wyrzucał. Był szalenie inteligentny, ale ten obłęd wzrastał w nim” – mówił o Peiperze.

Ireneusz Iredyński, 1965 r., fot. D. B. Łomaczewska

Jak się okazuje, mieszkając w Domu Literatów, gwałtowny Iredyński miał więcej powodów do strachu… Jak wspomniał Jerzy Kisielewski, „demon zła” bał się jego ciotki Heleny, zwanej Krótką. Była to kobieta niska, nieco pochylona, ponieważ w dzieciństwie doznała urazu kręgosłupa. Iredyński mówił do Kisielewskich: „U was to dobrze, ale tej Krótkiej to ja się, kurwa, boję”. Opinię tę wyrażał już po pamiętnym dla niego wieczorze, kiedy to ciotka Helena stanowczo nie wpuściła go do mieszkania Kisielewskich. Tego, że Iredyński był pod wpływem alkoholu, chyba nie trzeba dodawać.

Sam zaś Kisiel opisał go w następujący sposób: „Zabawny. Trochę bandyta, trochę wariat, duży alkoholik. Ale niesłychanie zdolny chłopak”. „Ma wszystkie grzechy główne wymalowane na twarzy, a wzięcie pana, bo talent to arystokratyzm” – tak go widział Andrzej Kijowski. (…)

W 1958 roku Iredyński przeniósł się do Warszawy. Już jako dwudziestolatek dzięki swojemu dorobkowi został przyjęty do ZLP. Pisał dużo, był popularny i czytany. Utrzymywał się z literatury. „Jest pierwsza liga i jest druga liga i trzecia liga, tak jak w piłkarstwie. W pierwszej lidze, mówię o sztukach, no to gra Mrożek, ja i Różewicz ewentualnie. Kilku pisarzy lubię, kilku uważam za wicechujów” – to chyba najsłynniejszy cytat Iredyńskiego, wiele mówiący o jego pozycji w ówczesnym świecie, ale i o jego autokreacji. Pisarz uprawiał przy tym – jak mawiał – „działalność jebalniczą”. Dzięki niej, a także jego „alkoholowym rekolekcjom” ZLP zawieszało go w prawach członka dwukrotnie. Karany był także przez Sąd Koleżeński zakazem wstępu do stołówki oraz do Domów Pracy Twórczej. Już w Warszawie w 1960 roku Sąd Koleżeński zawiesił go za urządzanie awantur w Klubie Związku i w Klubie Dziennikarza. Trzy lata później, w 1963 roku, również został zawieszony. W tym wypadku powodem była awantura, którą wywołał podczas sylwestra w Domu Pracy Twórczej w Oborach. Wówczas „potłukł naczynia szklane i porcelanowe, połamał 2 krzesła. Zdjął z siebie wierzchnie ubranie, pozostając wpółnagi, jedynie w spodniach, budząc zgorszenie bawiących się”. Nie chciał także opuścić hotelu Domu Literatury, w którym „zrobił […] dom publiczny bądź spelunkę, sprowadzając mężczyzn i kobiety na hałaśliwe pijatyki”120.

Reprymend udzielał mu sam Wiesław Gomułka. W 1966 roku Iredyński trafił do więzienia wraz ze swym przyjacielem, reżyserem Edwardem Żebrowskim, za próbę gwałtu na dziewiętnastoletniej dziewczynie. Sprawa ta do dziś budzi wiele domysłów i wątpliwości. Podejrzewa się, że była to esbecka prowokacja. Wtedy jednak ZLP wstawiło się za pisarzem i nie wydaliło go od razu ze swych struktur. Stało się to dopiero w trzecim roku odsiadki, czyli w trudnym 1968 roku. Iredyński został przyjęty do Związku ponownie w 1972 roku.

W 1985 roku Ireneusz Iredyński dostał nagłego ostrego zapalenia trzustki. Zabrała go karetka, w której – jak głosi legenda – kazał sobie podłączyć kroplówkę z wódką. Zmarł w szpitalu. Pochowano go na Powązkach. Okoliczności jego pochówku, podobnie jak w przypadku Hordyńskiego, wpisały się w legendę postaci. Na pogrzebie pijani mieli być zarówno koledzy, jak i grabarz…

Fragment książki „Wszystkie drogi prowadzą na Krupniczą” Anny Grochowskiej, Księgarnia Akademicka, 2017.